Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Domowe obiady na morzu cz. II

Domowe obiady na morzu cz. II

1 Lut, 2017

JAK PRZYGOTOWAĆ OBIAD?

Jedzenie zapakowane jest w aluminiowe woreczki ze strunowym zamknięciem u góry. Metody na przygotowanie obiadu są dwie. Jak buja i nie mam ochoty się bawić, to wrzucam wszystko do dużego kubka termicznego, wlewam ciepłą przegotowaną wodę i zakręcam na kilka minut. Bardziej sypkie dania jak np. risotto czy zupy potrzebują kilku minut. Gdy w potrawach są większe kawałki, na przykład mięsa, wtedy warto zostawić takie danie na dłużej. Gdy warunki na to pozwalają, zalewam wszystkie składniki obiadu oddzielnie w ich torebkach i dopiero gotowe wykładam na talerz. Różne sposoby podania to też spore urozmaicenie. W końcu jemy nie tylko ustami, ale i oczy mają w tym duży udział.

Cały zapas jedzenia przechowywałem w 10 torbach, które chroniły opakowania aluminiowe przed przecieraniem się. Spiżarnia znajdowała się w dobrze wentylowanej bakiście pod kokpitem. Bezpośrednio na dnie, dzięki temu temperatura wody w pewnym stopniu niweluje nagrzewanie od strony pokładu gdy operuje słońce. 

CZY DA SIĘ NA TYM PRZEŻYĆ?

Na pokład nie zabrałem innych obiadów, oprócz tych liofilizowanych. Po ponad 3 miesiącach, miałem się dobrze. Raczej przytyłem niż schudłem i mój organizm  nie zgłaszał reklamacji. Do tego wszystkiego domowe obiady stanowią niemały łącznik z lądem i dodatkowo podnoszą morale na pokładzie. Nie bez powodu jedzenie podczas dłuższych rejsów jest równie ważne jak załoga i jacht. Jedzenie dba o załogę, a załoga o jacht i tak dobry kotlet może mieć wpływ na bezpieczną żeglugę.

UROZMAICENIE DIETY

Faktycznie na pokład nie wziąłem za dużo „normalnego” jedzenia. Teraz trochę żałuję, bo mogłem spokojnie dopakować łódkę. Wiem to jednak teraz, po 10 tysiącach mil morskich, że kolejne 50, czy nawet 100 kg nie wpłynęłoby negatywnie na właściwości nautyczne Perły. Przede wszystkim zabrałbym więcej słodyczy! Te skończyły się już w pierwszym miesiącu, ale tęsknota pozostała. Na przypadki nieplanowanego osłabienia zamiast czekolady mam glukozę, więc zastrzyk energii mogę sobie zapewnić. W takim razie co jeszcze służy mi do urozmaicenia diety?

Chleb

Zabrałem w rejs garnek do pieczenia chleba. Foremka jak od babki, z kominem w środków, podstawa ze stali nierdzewnej i na to wszystko przykrywka. Ciepło z palnika rozgrzewa podstawę i przechodzi prze komin dając temperaturę z góry. Gdy próbowałem swoich sił w pieczeniu chleba w załogowych rejsach przez Atlantyk, raz się udawał, innym razem nie. Tu do tej pory pięknie upiekło się kilka sztuk ze 100 procentową skutecznością. Mam wrażenie, że gdybym miał piekarnik na jachcie,to i tak zabrałbym ten garnek. Rozwiązanie godne polecenia. Ilość mąki, jaką zabrałem (pakiety z odmierzoną ilością na jeden chleb plus wszystkie dodatki, drożdże w proszku) pozwalała mi piec jeden chleb w tygodniu. Ograniczała mnie też ilość paliwa do kuchenki, ponieważ chleb potrzebuje około godziny pieczenia. Po konsultacjach mojego taty z zaprzyjaźnionym młynarzem stanęło na tym , że czym mąka czystsza, tym dłużej ma szansę przetrwać. Oczywiście powinna być przechowywana w ciemnym, suchym miejscu. Ciemno ma, a suchość zapewnia jej podwójne zapakowanie w woreczki strunowe dodatkowo zaklejone szarą taśmą.  Wytrzymało nawet całkowite zalanie. Spokojnie mógłbym wziąć więcej mąki i mieć chleb częściej, ale to wiem teraz, a do młyna na morzu było trochę daleko.   

Kiełki – pokładowe uprawy

Świetnie sprawdziło się urządzenie do uprawy kiełków. Zacząłem od rzodkiewki i od razu, bez większych ceregieli i zaangażowania, po 3 dniach miałem świeże, zielone, witaminy. Do zabawy w plantatora potrzeba trochę słodkiej wody, ale wystarczy im woda z odsalarki. Sprawdziłem, że w pół godziny, mogę wyprodukować wodę na tygodniowy zapas kiełków. Ku przestrodze, odradzam zjadanie wszystkiego na raz, co uczyniłem za pierwszym razem, bo brzuch wykręca na drugą stronę od tej klęski urodzaju.

Świeże ryby

Dzięki Wojtkowi Werde i Tomkowi Cichockiemu, Perła miała całkiem pokaźny zestaw łowiecki. Najpierw na kanale Angielskim nie miałem ochoty na próby, no i miałem wszystkiego pod dostatkiem, więc po co łowić ryby. Była czekolada, chałwa, batoniki, więc nie szukałem szczęścia w wędkarstwie. Jednak z biegiem czasu, trochę przed równikiem postanowiłem odciążyć spiżarnię Perły i  spróbować szczęścia. W końcu byłem na największym targu rybnym na świecie! Pierwszą rybę złapałem dopiero na półkuli południowej. Udało się złowić 5 ryb i każda kolejna była większa od poprzedniej. Przetestowałem kilka rodzajów przynęt, ale najbardziej skuteczną okazała się plastikowa imitacja kalmara. Tylko zielony i pomarańczowy kalmarek potrafiły zainteresować ryby na Atlantyku. Głównie tuńczyki i jedną koryfenę (ta jednak wybrała wolność zrywając się z haczyka). Moje skromne doświadczenia pokazały mi, że przy niewielkiej załodze warto wyrzucać za burtę jak najmniejsze haczyki, wtedy dajemy sobie większą szansę na wyciągnięcie zdobyczy, a nie tylko połamanie wędki. Żałuję, że nie wpadłem na pomysł, żeby zabrać słoiki, albo jakieś plastikowe pojemniki do wekowania (bo znając życie ktoś już takie coś wymyślił). To pozwoliłoby mi przechować kilka dni większe ryby. Znalazłem na pokładzie 3 słoiki, w które mój tata zapakował mi zapałki. Bardzo się z tego odkrycia ucieszyłem. 2 słoiki z rybą udało się zawekowaC.

Suszone owoce i warzywa

Ostatnim elementem mojej diety były suszone warzywa i owoce. Specjalnie na rejs, kaliska firma Paula przygotowały mi 30 gramowe porcje warzyw i owoców suszonych, których termin ważności przekraczał rok. Miałem ze sobą buraki w plastrach, topinambur, jabłka, truskawki, maliny, brzoskwinie, ananasy. Trudno się znudzić. Owoce świetnie nadają się jako dodatek do ryżu, kiśli, lub do bezpośredniego pochrupania. Przy dłuższych rejsach to bardzo dobry pomysł na dodatkowe witaminy dla naszego organizmu. 

Czy wiedząc co mnie czeka wybrałbym się w taki rejs? Tak i na pewno jedzenia bym nie zamienił na inne. Nie mam jednak co liczyć, że żona, mama i teściowa drugi raz poświęcą tydzień z życia na przerobienie pół tony produktów! Swoją drogą, był to jeden z najtrudniejszych tygodni podczas przygotowań do rejsu, którego bałem się najbardziej! Świeże produkty, wybitne szefowe kuchni, fachowcy od liofilizacji – przez 3,5 miesiąca zagwarantowało mi utrzymanie pełni sił i dodatkowe 5 kg wagi.

Na monotonię nie mogłem narzekać. Menu jak w dobrej restauracji, świeży pachnący chleb raz w tygodniu, a kawa z ręcznego ekspresu ciśnieniowego (16 bar!) rozpoczynała dzień. 107 dni przeżyłem to jest duża szansa, ze kolejne też by się udało! Jedno jest pewne. Przez 37 lat, od rejsu Kapitana Jaskuły dużo się zmieniło.

Bartłomiej Czarciński

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin