Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Domowe obiady na morzu cz. I

Domowe obiady na morzu cz. I

1 Sty, 2017

„Ciągle marzę o ludziach, o powrocie, o rodzinie i przyjaciołach, o kraju. Pytanie, czy bym się jeszcze raz wybrał w taki rejs, w odwrotnym kierunku: tak, ale pod warunkiem, że rejs, jacht i jego wyposażenie będzie starannie przygotowane. […]

Dlaczego mam mieć takie monotonne jedzenie, puszki golonki 0,8 kg, chleb 1,5 kg? Jeszcze nigdy nie zjadłem całego chleba, nawet połowy, reszta pleśniała. Jedzenie powinno być specjalnie puszkowane, w puszkach małych, jednorazowych. Obfitość i urozmaicenie płynów.”

Dziennik Osobisty kpt. Henryka Jaskuły

8 IX 79 (dzień 89)

Po 89 dniach na morzu, 37 lat temu, kapitan Henryk Jaskuła napisał w swoim dzienniku te słowa. Wtedy jego dieta ograniczała się w dużej mierze do konserw. Pisał, że są zdatne do spożycia bezterminowo. Stalowe puszki zostały pomalowane bo inaczej by przerdzewiały. Dzięki farbie ich termin zdatności do spożycia pozostał tajemnicą.

 

Co ja mogę powiedzieć o swojej diecie po 107 dniach rejsu? Na pewno to, że nie była monotonna!

Gdy zacząłem myśleć o rejsie dookoła świata bez zawijania do portów, wiedziałem, że nie mogę liczyć na duży jacht. Jedną z pierwszych rzeczy o jakich pomyślałem, było jedzenie. Wyczytałem kiedyś, że w pierwszych regatach dookoła świata non stop, Sir Robin Knox-Johnston zabrał na pokład swojego jachtu 1,5 tony jedzenia. Głównie puszki – stąd ta nie mała waga. Ja mając już w głowie pomysł na budowanie Perły w oparciu o kadłub, który stał i czekał, zdawałem sobie sprawę, że jak zapakuję 1,5 tony jedzenia na niecałe 8 metrów kadłuba, to pewnikiem zatonę jeszcze przy nabrzeżu w porcie, a już na sto procent przy pierwszej większej fali. Nie mówiąc już o objętości całego zaopatrzenia! Pomysł rejsu dookoła złożył się z moim pierwszym przelotem przez Atlantyk na sporym, 14 metrowym jachcie Delphia 47. Jacht duży, to i dużo pomieści zapasów, ale płynąć mieliśmy w 9 osób. Jako awaryjne jedzenie namówiłem załogę, żeby kupiła dla każdego po 10 dań liofilizowanych. Co to takiego? Otóż 7 lat temu sam nie do końca miałem o tym pojęcie. Wiedziałem jedynie, że dania liofilizowane są lekkie, zajmują mało miejsca i nie należą do najtańszych. Oczywiście słyszałem, że takie jedzenie zabiera się w kosmos i że to niejadalna papka. Była jednak okazja rozpoznać to w boju.

Ku mojej uciesze załoga zabrała na pokład dania różnych producentów: niemieckie, francuskie, angielskie i polskie. Bardzo się ucieszyłem, ze to polskie wygrały ten swoisty konkurs i nie miały nic wspólnego z papką ani proszkiem zalewanym wodą, ale o tym za chwilę. Wszyscy pewnie słyszeli o jedzeniu liofilizowanym, ale co to tak naprawdę jest? Spróbuję opowiedzieć wam na swoim przykładzie.

CZYM JEST LIOFILIZACJA ŻYWNOŚCI

Co oznacza to trudne słowo liofilizacja? O tym dowiedziałem się dopiero, gdy poznałem fachowców z tej branży. Pan Franciszek Siegień, właściciel firmy Elena i jego pracownicy wytłumaczyli mi na czym polega proces liofilizacji. Najpierw jedzenie jest mrożone, a następnie suszone z wykorzystaniem obniżonego ciśnienia. Dzięki tej metodzie udaje się żywność pozbawić wody od 70-95 procent. Dzięki usunięciu wody, uzyskujemy tą nadzwyczajną lekkość. W moim przypadku z prawie 500 kilogramów gotowych posiłków zostało około 40 kg! Żeby wrócić do wyjściowego dania, musimy zalać liofilizat wodą. Niekoniecznie gorącą. Są dania, których wręcz nie możemy zalewać wrzątkiem. Gdy wlejemy tyle ile zostało zabrane, wymieszamy i odstawimy na 10 minut, to okaże się, że wszystko wraca do swoich kształtów, zapachu i co chyba najważniejsze, smaku! No dobra, ktoś powie, po co suszyć i pozbawiać wody, skoro i tak trzeba tą wodę dodać, więc zabiera się te same kilogramy. Prawda. Tyle ile się zabrało trzeba dodać. Jednak to co zyskujemy dzięki liofilizacji to naturalny sposób konserwacji, a wodę na oceanie na szczęście można zdobyć, lub wyprodukować. Czyli albo deszczówka, albo odsalarka. Dzięki temu nie trzeba jej zabierać tak dużo.

Gdy do rejsu było coraz bliżej, zacząłem panicznie zgłębiać temat. To co wiedziałem na pewno, to że nie dam rady zabrać normalnego jedzenia i muszą to być dania lekkie i nie zajmujące dużo miejsca. Do tego powinny wytrzymać minimum rok czasu i dwukrotne przejście przez tropiki, gdzie temperatury mogą dochodzić pod pokładem do 30 stopni. No niełatwe to założenia nie mając w planach zabrania lodówki. Jak będzie, przekonamy się za kilka miesięcy. Do wyboru miałem zakup gotowych dań, lub przygotowanie własnego menu i oddanie do liofilizacji. Wybrałem wariant drugi.

CO MOŻNA ZLIOFILIZOWAĆ

Dzięki temu, że sami postanowiliśmy przygotować obiady, dowiedziałem się co można zliofilizować, a czego nie. Co ciekawe nie ma wielu przeciwwskazań. Dania przez nas przygotowane nie mogły zawierać marchewki i tłustych mięs. Dodatkowo z pierwszej propozycji jadłospisu wyleciał rosół, bo to głównie woda i mało by z niego zostało. Było to nieopłacalne. Tłuszcz po kilku miesiącach jełczeje i danie mogłoby stracić dobry smak. Przy daniach złożonych z wielu składników, dobrze gdy produkty są podobnej wielkości. Na tym kończyły się zalecenia.

Okazuje się, że tą metodą możemy przygotować praktycznie każde danie. Gdy ktoś nie ma takich wspaniałych szefowych kuchni dookoła jak ja, zawsze można wybrać restaurację i kupić gotowe dania, a później oddać je do liofilizacji. Dzięki temu, będąc na środku morza przeniesiecie się do waszej ulubionej restauracji. I to już jest prawdziwy kosmos. Bo to właśnie na potrzeby wypraw kosmicznych zaczęto liofilizować żywność. W tamtych wyprawach była to duża oszczędność, bo wyniesienie każdego kilograma w przestrzeń kosmiczną to tysiące dolarów, więc ograniczając masę oszczędzało się pieniądze. W przypadku naszych wypraw morskich to niestety  nie najtańsza zabawa, ale czego się nie robi, żeby zjeść prawdziwy kotlet schabowy na środku oceanu.

JAK DOBIERAŁEM JADŁOSPIS

Wiadomo, że do zdrowego funkcjonowania człowiek musi zapewnić sobie odpowiednią ilość kalorii. Niby da się to wszystko policzyć i dietetycy mają na to swoje metody, ja jednak wyszedłem z trochę innego założenia. Przecież na co dzień w domu nie liczę kalorii jakie mam na talerzu, to dlaczego na łódce miałbym liczyć, skoro zabieram swoje domowe jedzenie? No i tak jakoś wyszło, że nie wiem ile kalorii miały moje dania, ale porcje były takie jakie zjadam normalnie na lądzie. Jeden obiad to około 500 g. Rodzajów dań obiadowych mam 13. Wymienię, żeby dać wam wyobrażenie co poddaliśmy liofilizacji:

– schab w plastrach

– bigos

– karkówka w sosie

– leczo

– makaron z sosem bolognese

– ryba pieczona

– kotlety mielone z indyka

– kaszotto z burakami

– kaszotto z indykiem i cukiniom

– gulasz wołowy

– kaszotto z kurczakiem, szpinakiem i kapustą pekińską

– zrazy wołowe

– risotto z szaszłykiem

– zupa kalafiorowa

– zupa ziemniaczana

– krem z brokułów

– krem pietruszkowo-selerowy

– zupa cebulowa

Do tego dodatki: 3 rodzaje kaszy, ryż, kapusta z grzybami, kapusta z kminkiem, gotowane buraczki, ziemniaki, boczek wędzony, kurczak wędzony, warzywa (pieczarki, papryka, czosnek, ogórki, zielone oliwki)

To jeśli chodzi o dania obiadowe. Dużym plusem samodzielnego przygotowania dań jest to, że wszystko zostało zliofilizowne oddzielnie. Czyli mogłem dowolnie komponować sobie dania. Raz schab z ziemniakami, raz z kaszą lub ryżem.

Teoretycznie mógłbym zabrać ze sobą kaszę, ryż czy makaron ze sklepowej półki. Minusy są dwa. Po pierwsze, potrzebowałbym więcej wody do przygotowania obiadu, bo w czymś trzeba ugotować ten makaron. Po drugie, trochę czasu zajmuje gotowanie i musiałbym zabrać ze sobą dużo więcej paliwa do kuchenki.

Pozostają jeszcze śniadania i kolacje. Na śniadanie do wyboru jajecznica, chleb (pieczony w garnku na palniku kuchenki), pasztet(oczywiście liofilizowany), ryż na mleku z owocami (suszonymi tym razem), czy też kalmary, ale to tylko wtedy, gdy w nocy fala wchodzi na pokład i jakieś wrzuci nam do garnka. Kolacji z reguły nie jem. Od święta miłem takie specjały jak liofilizowany tatar (który zalewa się zimną wodą). Pierwszy raz spróbowałem go po 3 miesiącach od wypłynięcia. Surowe mięso przetrwało 90 dni w tym miesiąc w tropikach!

Bartłomiej Czarciński

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin