Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Pierwszy test morski Perły – Sailbook Cup 2015

Pierwszy test morski Perły – Sailbook Cup 2015

7 Sie, 2015

Sailbook Cup 2015 – Długodystansowe Morskie Mistrzostwa Polski

Kto by nie chciał zostać Mistrzem Polski? Chyba każdy, nawet najskromniejszy żeglarz, nie obraziłby się z takiego tytułu. Regaty Sailbook Cup 2015 pozwoliły każdemu spróbować swoich sił na naszym kochanym Morzu Bałtyckim. Ponad 600 mil żeglugi w trybie regatowym to nie lada wyzwanie.

Dla mnie i dla Perły były to pierwsze prawdziwie morskie regaty. Perła, którą przez ponad 4 lata budowałem do rejsu dookoła świata, solo, non-stop, nie jest co prawda jachtem regatowym i nie aspirowała na stracie do tytułu mistrza Polski, jednak ambitna, jak na nasze polskie realia trasa regat, pozwoliła mi sprawdzić łódkę. Dlaczego na pierwszy test na otwartym morzu wybrałem regaty? Do walki o tytuł Mistrza Polski stanęło 38 jachtów, czyli niemała flotylla. Tyle jachtów dookoła zawsze zwiększa poczucie bezpieczeństwa i właśnie dlatego każdemu, kto nawet rozpoczyna swoją przygodę z prowadzeniem rejsów samodzielnie, polecam te regaty. Zawsze jest szansa, że jakiś jacht wróci i nam pomoże w razie problemów, w końcu nagroda fair play to nie lada gratka.

Regaty oficjalnie rozpoczynały się w piątek wieczorem w gościnnej marinie w Sopocie. Było bardzo hucznie. Impreza rozpoczęła się od pieczonego guźca na statku Pirat przycumowanym do sopockiego molo, a zakończyła odpaleniem fajerwerków, po czym wszystkie załogi poszły się wyspać przed sobotnim startem. Ja zbyt intensywnie nie celebrowałem rozpoczęcia regat, ponieważ jeszcze w nocy z czwartku na piątek Perła wisiała na dźwigu, a ja montowałem, od pół roku odkładane na tzw. później, odpływy kokpitu. Po zwodowaniu łódki w piątek rano w Gdańsku rozpocząłem przepakowywanie jachtu. Przez ostatnie 3 miesiące intensywnych prac wykończeniowych na łódce nazbierało się sporo rzeczy, które w morzu mogłyby się okazać zbędne. Nazbierałem całego małego dostawczaka. O godzinie 1600 łódka była gotowa, postawiłem żagle przy nabrzeżu mariny Delphia Yachts w Górkach Zachodnich i dzięki pomocy żeglarzy z klubu Conrada, przy mocnym, dopychającym wietrze, odpłynąłem w kierunku Sopotu. Przelot z Gdańska do Sopotu zajął mi 3 godziny i dał możliwość przetestowania mojego sternika – Mariana. Takie imię nadałem samosterowi wiatrowemu, który na czas próbnych rejsów użyczyła mi stocznia jachtowa Delphia Yachts. Dzięki „Marianowi” nie musiałem w ogóle dotykać steru. Do tego stopnia radził sobie dobrze w każdej pogodzie, że po kilku dniach wziąłem ster do ręki żeby, zanim dopłynę do mety, zobaczyć jak łódka radzi sobie na fali. Wrócimy jednak na molo w Sopocie. Dzięki prawie 40 jachtom, które stawiły się na starcie do regat, wytworzyła się w sopockiej marinie niesamowicie żeglarska atmosfera. 38 jachtów, na pokładzie których średnio było około 4 członków załogi, to ponad 100 żeglarzy w jednym miejscu. Wierzyć się nie chce, że ta setka ludzi bez końca mogłaby rozmawiać o żeglarstwie. Innych tematów jak linki, żagle, kabestany, bloczki itp… nie zarejestrowałem. O dziwo nikt nie wyglądał na znudzonego.

1200 w sobotę trzech Panów stojących na falochronie i trzymających w ręku nabite strzelby, oddało strzał, co oznaczało start najdłuższego morskiego wyścigu w Polsce. I ja na pokładzie Perły, pomimo konsekwentnego braku silnika, wypłynąłem na żaglach z portu i zdążyłem na start. Perła dziarsko ruszyła z miejsca pod pełnymi żaglami. Pogoda zapowiadała się ciekawie, bo na starcie przywitał nas silny zachodni wiatr. Byłem pełen podziwu dla kolegów z innych jachtów, że pomimo piątkowego otwarcia regat, które trwało do późnych godzin nocnych, nikt nie spóźnił się na start. Po przekroczeniu linii startu odkryłem, ku mojemu zdziwieniu, że nie jestem ostatni. Dookoła Perły, a nawet i za jej rufą było sporo jachtów. Ta sytuacja nie trwała jednak długo. Po kilkunastu minutach można powiedzieć, że zostałem sam, a wszyscy popłynęli. Dodam tylko na swoje usprawiedliwienie, że z jachtów turystycznych byłem najmniejszą jednostką, nie licząc regatowego 5,5 m jachtu Gringo i 6,5 jachtu klasy mini 650 – Ocean 650. Perła w linii wodnej ma jedynie 6 metrów, co pozwoliło mi na osiągnięcie prędkości maksymalnych: 6.4 węzła na wiatr i 7,5 węzła z wiatrem. Na dzień dzisiejszy uważam to za sukces. Co się działo później? Po kilkunastu minutach ktoś wyłączył wiatr. Postawiłem genialny żagiel Code Zero uszyty przez żaglownie Sail Service i z 0,5 węzła prędkości zrobiło się ponad 3. To pozwoliło mi choć trochę dogonić kilka jachtów. Sytuacja pogorszyła się pod samym Helem, który postanowił nas przytrzymać i tak prędko nie wypuścić. Po drodze nie obyło się bez przygód. Gdy przez moment zaczęło delikatnie wiać postawiłem 35 metrów kwadratowych Genakera, żeby przeciąć tor podejściowy dla statków płynących do Gdańska. Wiatru starczyło na połowę toru. W międzyczasie mój odbiornik AIS zaczął podnosić alarm kolizji. Jak się okazało, miała nas rozjechać już na zatoce Stena Spirit. Wielki prom pasażerski. Wywołałem nieśmiało prom prze radio i to po angielsku, bo bandera Bahama, a tu słyszę odpowiedź po polsku „Pan przed dziobem?”. Na co ja, że tak i to bez silnika i bez wiatru. Pan na mostku promu powiedział, że mnie widzą i będzie  dobrze. Przeszli mi za rufą jakieś 50 metrów. Jednak dobre radio to podstawa bezpieczeństwa.

W pierwszym etapie nie było pogody, która kazałaby mi się zarefować. Tak pod pełnymi żaglami dopłynęliśmy z Perłą Do Visby na Gotlandii. Na miejscu czekały na nas już prawie wszystkie jachty. Za rufą został tylko jacht More, który pomagał odholować inny jacht do Władysławowa po utracie steru. Na szczęście ja zdążyłem na dzień Polski w Visby. To niesamowita inicjatywa Organizatora regat Jacka Zielińskiego, zwanego również komandosem. Znów ponad setka żeglarzy spotkała się na półmetku regat. Tym razem w Visby. Atmosfera na obcej ziemi była chyba jeszcze bardziej żeglarska, bo już mieliśmy za sobą kawałek Bałtyku i było o czym rozmawiać. Visby nie widziało dawno tylu radosnych Polaków na swoich ziemiach. No przynajmniej z rok bo to już piąta edycja regat. Ja sam osobiście poszedłem na krótką drzemkę po 0500 nad ranem, więc dumnie reprezentowałem nasz kraj na Gotlandii.

Dzień później, również o 1200, wystartowaliśmy do drugiego etapu. Tym razem trochę dłuższego. Z Visby jachty skierowały się na północ w stronę wyspy Gotska Sandon, a po jej okrążeniu wzdłuż wschodniego wybrzeża Gotlandii prosto do Sopotu. Zaczęło się od pięknego baksztagu o sile około 15 węzłów. Później jednak Bałtyk pokazał swoje kapryśne oblicze i co 12 godzin serwował inną pogodę. Ja załapałem się na całkowitą ciszę pod wiatr, całkowitą ciszę z wiatrem, 35 węzłów w dziób i przyjemną żeglugę baksztagiem w 4-5 w skali Beauforta. Tylko mgły brakowało, a mielibyśmy każdą możliwą pogodę. I tak po 3 dniach dopłynąłem pod Hel, a ten i tym razem nie chciał mnie przepuścić, tylko teraz w drugą stronę. Przywitał mnie słabym wiatrem w dziób, sieciami  rybackimi, które jednak szczęśliwie prześlizgnęły się jedynie pod Perłą, oraz fajerwerkami wystrzelonymi z okolic Juraty. Pokaz trwał 15 minut co dodało mi dużo otuchy. Jak już udało się minąć cypel, znów ktoś na zatoce wyłączył wiatr, a jak go chwilowo włączano, to wiał idealnie z Sopotu, czyli mety regat. Po prawie 12 godzinach pokonałem wielką Zatokę Gdańską i dopłynąłem do mety. Tym razem za rufą zostawiając 2 jachty.

Jak się spisała Perła? Jak mały dzielny czołg morski. Wolno, ale do celu. O dziwo nic się nie popsuło, nie urwało i nie wzbudziło mojego niepokoju. Na bardziej szczegółową relację z zachowania się łódki, którą już w przyszłym roku wypłynę dookoła świata, niezmiennie zapraszam na stronę Polacy Dookoła Świata na popularnym portalu społecznościowy.

Każdemu polecam regaty Sailbook Cup, których duch żeglarski przerósł moje oczekiwania. Następne za rok.

Bartek Czarciński

Kapitan Jachtowy

Szkoła Żeglarstwa Morka

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin