Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Przerwany rejs – w kwietniu kolejne podejście

Przerwany rejs – w kwietniu kolejne podejście

27 Lis, 2013

Północny Pacyfik, „Mount Everest” oceanów,  jednak nie dał się pokonać Romualdowi Koperskiemu. Obciążona ogromnym ryzykiem wyprawa wiosłową łodzią „Pianista”, rozpoczęta 7 lipca 2013r. , musiała zostać przerwana po dwóch tygodniach żeglugi. Drogę z zachodu na wschód zablokował silny wschodni wiatr. Jacek Pietraszkiewicz z centrum koordynacyjnego NavSim w Bolesławcu, nie miał wątpliwości: żaden człowiek nie jest w stanie wiosłować w takich warunkach. Trzeba wracać. Romuald Koperski opowiedział nam jak czuł się sam na sam z Pacyfikiem, co przeżył w czasie podróży i kiedy – co było do przewidzenia, znając jego umiłowanie wielkich wyzwań – planuje podjąć kolejną próbę.

Trzymaliśmy za Pana mocno kciuki. Wielka szkoda, że się nie udało, ale przecież chyba od początku wiadomo było, że scenariusz tego pierwszego podejścia może być właśnie taki, prawda?

– Wyruszyłem z prawie trzymiesięcznym opóźnieniem, a to bardzo dużo. Choć z drugiej strony Pacyfik jest nieprzewidywalny. Nawet jeśli wypłynąłbym w kwietniu, nie dawałoby to żadnej gwarancji, że dotarłbym do wybrzeży Ameryki. Tak naprawdę to wszystko kwestia szczęścia. Cyfry mówią same za siebie – ponad 600 wioślarzy przepłynęło Atlantyk. Płynęli różnymi trasami. Pacyfik próbowało pokonać dziewięciu ludzi. Jedna z tych prób skończyła się tragicznie. Uważam, że ta dwójka, której się udało, po prostu miała szczęście. Ja przerywając wyprawę, podporządkowałem się opinii NavSim z Bolesławca. Gdybym nie miał takiego wsparcia, płynąłbym dalej, łudząc się, że może w końcu wiatr się zmieni i będzie dobrze.

Domyślam się, że decyzja o przerwaniu wyprawy musiała Pana dużo kosztować?

– To była bardzo dojrzała decyzja. Ale i tak było to przykre. Zwłaszcza zważywszy na czasochłonne przygotowania, w końcu organizację transportu do Japonii i zaskakujące problemy, które też udało się nam pokonać.

Na czym polegały?

– W Japonii obowiązuje wiele procedur zupełnie odmiennych niż w Europie. Choćby te, dotyczące wwozu żywności do ich kraju. Musieliśmy prosić o pomoc Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Ministerstwo przez ambasadę polską w Tokio zabiegało o to, abym mógł wwieźć do Japonii parę składników żywności, którą zabierałem na ocean. Bo jak się okazało, do Japonii nie można np. wwozić wołowiny, a ją miałem. Okazało się, że reguluje to przepis sprzed chyba 50 lat. Z jednaj strony było to bardzo uciążliwe, ale z drugiej, zważywszy na to, jak zmienne bywają przepisy w naszym kraju, możemy im zazdrościć.

Przejdźmy do samego rejsu. Czy jeśli chodzi o przygotowanie, łódź, Pana kondycję, wszystko było w porządku?

– Wszystko w najlepszym. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń ani do sprzętu, ani do samej łodzi, jej zachowania w czasie sztormów i td, Oczywiście parę rzeczy teraz zbudowałbym inaczej, bo przecież ja  swoją łódź budowałem pioniersko, nie mając żadnego wzoru. Ale  nie mam żadnych, poważniejszych uwag. Nie zawiodło mnie zdrowie, nic co teoretycznie mogłoby się popsuć, nie psuło się. To, że pokonałem 600 mil morskich w 16 dni świadczy o tym, że można pokonać i 6 tys. mil. Znów wracam do tego, że sprawą kluczową jest w tym przypadku szczęście. Polega na możliwości przemieszczania się między wyżami a niżami.

Pora zapytać o wrażenia z wyprawy. Płynął Pan sam, ale może towarzyszyły Panu jakieś zamieszkujące Pacyfik stworzenia?

– Oczywiście. Piszę teraz książkę na ten temat, bo nawet to co przeżyłem przez te dwa tygodnie już jest tego warte. Płynąć wabiłem te wszystkie stworzenia. Bo wiosła powodują chlupot podobny do tego jaki wywołują zwierzęta kończące swój żywot. Pamiętajmy, że one nie umierają w głębinach tylko na powierzchni. Stąd zawsze miałem towarzystwo rekinów, orek, płaszczek oraz innych ryb drapieżnych. Początkowo naprawdę się bałem. Najgorsze były rekiny, bo atakowały łódź. Na szczęście, rozpędzone, jakieś pół metra przed łodzią wyczuwały, że jednak nie jestem umierającym małym wielorybem, tylko, czymś niejadalnym. Robiły unik i odpływały. Orki były mądrzejsze. Pływając stadami dopływały na odległość ok. 100 metrów. Jedna z nich wynurzała się, oglądała mnie i informowała resztę orek, że nie jestem dla nich atrakcyjny. Rekiny też najpierw krążyły w pewnej odległości, ale potem przystępowały do ataku na łódź. Po pierwszej takiej wyhamowanej próbie wiedziałem już o co chodzi i szybko zrozumiałem, że ryby też swój rozum mają i jestem bezpieczny. Od czasu do czasu przysiadały się do mnie ptaki.

Ile czasu dziennie poświęcał Pan na wiosłowanie?

– To zależało od pogody. Gdy było bardzo upalnie, nie mogłem nawet wyjść na pokład. Za to przy dużym falowaniu bardzo trudno się wiosłowało. Trzeba było się po prostu poddać naturze. Przy sprzyjających warunkach wyglądało to mniej więcej tak, że godzinę wiosłowałem, potem 15 min przerwy na zwykłe czynności: gotowanie notatki itd. Co sześć godzin wysyłałem informację o swojej pozycji do centrum koordynacyjnego w Bolesławcu. Każdy dzień upływał bardzo szybko.

Podejmie Pan kolejną próbę?

– Oczywiście. W kwietniu 2014 roku. Rozważam start z Kamczatki. Chcę uniknąć tych ograniczających mnie, japońskich procedur. Poza tym zdecydowana większość Japończyków nie mówią w innym języku niż własny. W Tokio, albo innych dużych miastach zapewne jest inaczej, ale w miasteczku w którym przebywałem miesiąc, nawet tam koncertując, tylko dwie osoby mówiły po angielsku. Teraz jednak znów trochę krzyżują mi się plany, bo okazuje się, że moja łódka nie może do wiosny zostać w Japonii z kolejnych przyczyn proceduralnych. Musiałbym jej wyrobić japońskie papiery, oclić itd. Japończycy są bardzo przyjaźni, ale bardzo stanowczy. Tam nie ma uznawalności. Tam się na nic nie przymyka oka.

Nie mogę nie zapytać, czy na tej wielkiej wodzie nie doskwierała Panu samotność?

– Ja nigdy nie miałem problemu z przebywaniem z samym sobą. Ja to wręcz lubię. Lubię świadomość stanowienia samemu o sobie. Kiedy odpłynąłem od brzegu, zobaczyłem jak oddala się ląd, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Nikt już nie mógł mi mówił co mam robić, nikt nie widział moich błędów. Mogłem sam decydować o tym czego chcę, robić co mi się podoba. Jesteśmy zwierzętami stadnymi. Są więc okresy gdy potrzebujemy bliskości drugiego człowieka. Ale sądzę, że te pół roku nie byłoby wielkim problemem. Tym bardziej , że tę swoją samotność zamieniałem na jakąś twórczość. Sporo też czytałem, głównie klasykę, np. Dostojewskiego. Chodziło o teksty trudne, wymagające skupienia, żeby cały czas zmuszać się do intensywnego myślenia. Słuchałem muzyki. Ale przede wszystkim, przez te 16 dni zapisałem sporo kart dziennika pokładowego. Mam tym samym świetny materiał, który chcę rozszerzyć do postaci książki. Mam nadzieję, że będzie przydatna ludziom, którzy kiedyś będą chcieli pójść w moje ślady.

W takim razie z niecierpliwością czekamy na książkę i wiosnę przyszłego roku.
Dziękują za rozmowę

Rozmawiała Iwona Kalinowska

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin