Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Tydzień z życia skippera

Tydzień z życia skippera

28 Lut, 2013

Skradin. Minęły dwa dni, za nami trzy wieczory wspólnie spędzone.
Załoga poznała zwyczaje na jachcie, poznała siebie. To jest najciekawsza część mojej pracy. Patrzę jak grupa ludzi zwykle zupełnie sobie obcych, zaczyna tworzyć taki mały organizm funkcjonujący na niewielkiej przestrzeni jachtu.
Zdarza się, że osoby dzwoniące w sprawie rejsu są zaniepokojone faktem, że będą spędzać wakacje z ludźmi, którzy się nie znają. Z moich doświadczeń wynika, że lepiej jak na jacht przyjeżdżają nieznajomi, niż grupa przyjaciół, a największym niebezpieczeństwem dla spokoju rejsu jest sytuacja, gdy jest to grupa, która nigdy nie spędzała w ten sposób wakacji.
Tydzień na jachcie jest na tyle krótkim okresem czasu, że osoby nieznające się, skupiają się na miłym spędzeniu wakacji, dostosowują się do siebie nawzajem i tworzą zespół.
Po kolacji u Tonego poprzednego dnia, pece z ośmiornicy, nikt jakoś nie ma ochoty na duże śniadanie – wszyscy czekają na oglądanie wodospadów.
Dzisiaj załoga jest zdyscyplinowana, ale nie dlatego, że ich poganiam, ale dlatego, że stateczki na wodospady KRK odpływają co godzinę, z precyzją szwajcarskiego zegarka.
Sprawnie przechodzą na kilkupoziomowy statek turystyczny, którym płyną około godzinę do Parku Narodowego KRK. A ja wykorzystuję ten czas przerwy na przejrzenie jachtu.
Wodospady na rzece Krk są jedną z największych atrakcji przyrodniczych na wybrzeżu – no prawie na wybrzeżu – dla mnie ważne, że do Parku Narodowego można dopłynąć jachtem. Większość załóg traktuje to jako obowiązkowy przystanek w trakcie rejsu, miejsce moim zdaniem jest faktycznie śliczne i warte obejrzenia, tylko że ja już widziałem je tyle razy, że tym razem wolę pozostać na jachcie, mimo zaproszenia ze strony załogi.
Czas ten wykorzystuję na zrobienie zakupów. Szykuję małą niespodziankę na dzisiejszy wieczór.
Mija południe, jacht przygotowany, zbiorniki z wodą zatankowane (to prawie jak psychoza – dbanie żeby wody nie zabrakło). Załoga roześmiana powraca na jacht, krótkie zakupy upominków przez zapominalskich i odbijamy od kei.
Słucham wrażeń z wycieczki – opowiadają o kąpieli, tym razem w słodkiej wodzie pod wodospadami. Wszyscy załoganci są zadowoleni, że przez kilka godzin mieli stały ląd pod nogami – zdziwieni tylko wrażeniem, że on się kołysze. To błędnik w uchu przystosowuje się do kołysania jachtu i już po kilku dniach, gdy schodzi się na ląd pojawia się wrażenie ciągłego kołysania.
Wracamy kanionami rzeki Krka i zastanawiamy się co będzie na kolację. Propozycja moja jest konkretna – po drodze przepływamy obok hodowli małży i ostryg, więc dlaczego nie mielibyśmy skorzystać? Jeśli ekipa jest zainteresowana, dzisiaj ja kucharzę. Robimy zakupy, prosto z hodowli. Dla zainteresowanych na podwieczorek ostrygi, a na kolację małże w sosie autorskim skippera.
Najtrudniejsze jest uzgodnienie kto ile zje – to zawsze najciekawsza część zakupów. Jedni mają wątpliwości czy to przełkną, inni jedli, ale nie mają zdania ile kupić, i znowu będę musiał zaryzykować.
Najpierw zbieram zamówienia na ostrygi, bo te się kupuje na sztuki, i zwykle każdy chce po jednej spróbować, co do małży to mam stałą normę. Jeżeli mam załogę, która w połowie nie wie ile zje, to po prostu biorę osiem kilo małży, po kilogramie na osobę. Chociaż zdarzyło mi się gotować dla ośmiu osób piętnaście kilo małży i wcale nie było za dużo! Zakupu dokonujemy prosto z jachtu. Po kilku minutach podpływa do nas Chorwat z zamówionymi ostrygami i małżami. W międzyczasie załoga robi zdjęcia jak małże i ostrygi są wyciągane z wody.
Jeszcze kilkanaście minut i dopływamy do Szybenika. Stawiam jacht przy kei miejskiej, szybkie manewry z cumami i muringami – załoga rośnie w dumę, że sprawnie posługuje się linami, o których istnieniu wcześniej nie słyszała.
Szybenik jest najstarszym miastem na wybrzeżu całkowicie wybudowanym przez Chorwatów, a z historycznego fortu roztacza się wspaniały widok na Adriatyk i okoliczne wyspy. Krótki spacer po mieście, w czasie którego ja przygotowuje podwieczorek i płyniemy dalej.
Odpoczynek na wodospadach, następnie zwiedzanie Szybenika zajmują nam prawie cały dzień, wszyscy rozgrzani temperaturą murów miejskich mażą o kąpieli, wypływamy z kanału św. Anny i stajemy w pierwszej zatoce na kąpiel. Jest to okazja do zjedzenia ostryg. Pokazuję jak się je otwiera, jak za pomocą cytryny sprawdza się, czy są świeże – no i najważniejszy punkt – pokazuję jak się je zjada na surowo. Wśród niektórych widać konsternacje na twarzy i niepokój – jak przełknąć żywą ostrygę tak prosto z muszli do żołądka?
Każdy patrzy na mnie i na moją reakcję. Zjadłem i żyję, żadnych grymasów, ani drgawek wręcz uśmiech na twarzy – mało kto wie, że Chorwaci hodują najbardziej pierwotną odmianę ostryg w całej Europie. Są fantastyczne i poza nazwą mają niewiele wspólnego z ostrygami kupowanymi w sklepach. Chwila wahania i każdy zjada swoją ostrygę, i jak zawsze zdania są podzielone. Wiem dobrze jakie to przeżycie – zjedzenie po raz pierwszy ostrygi, więcej w tym emocji niż smaku. Uważam, że dopiero drugie lub trzecie podejście do tego dania, pozwala poczuć jego smak. Jak na każdym rejsie, tak i teraz, jedni będą w przyszłości jedli ostrygi, a inni już więcej ich nie spróbują. Ale dla mnie ważne, że skorzystali z okazji, że spróbowali
Ciała ochłodzone kąpielą, ruszamy na Prvicz, kolejna mała wyspa, z jeszcze mniejszą miejscowością, o tej samej nazwie. Porcik miejski na kilkanaście jachtów, trzy czy cztery karczmy, jeden sklep i żadnych samochodów. Oaza spokoju i życia w starym stylu.
Dzisiaj nas karczmy nie interesują, załoga idzie na spacer, a ja przygotowuje małże.
Przepis doskonalony w trakcie dziesiątków rejsów – rany jak ten czas leci – jest skipperską tajemnicą.
Dzisiaj i tak mam łatwe zadanie – co to osiem kilo małży – wyrobię się gotując je na trzy razy.
To jest zawsze największe wyzwanie, kuchenka nie jest duża, więc i garnki są do niej dopasowane. Do małży mam duży gar, ale przecież nie kocioł. Osiem kilo małży to pojemność dużego wiadra, więc nie da się ich ugotować za jednym podejściem.
Polak potrafi – nawet czasami być cierpliwym, zresztą morze każdego nauczy pokory i cierpliwości.
Pierwsza partia małży jest gotowa, załoga ze szklaneczkami wina też jest gotowa. Nie czekam, opróżniam gar, wsypuję małże do głębokich talerzy i podaję do góry, zaczynam przygotowywać drugą partię i nasłuchuje wrażeń od głodomorów. Chwila ciszy i już wiem, że dzisiaj małży zawiele dla mnie nie zostanie. Jeszcze ktoś schodzi po chleb, żeby sos z talerzy wyjeść i już padają pytania czy można jeszcze, czy długo trzeba będzie czekać na kolejną porcję. Serce rośnie z radości, że kolacja smakuje, wina ubywa, kolejny wieczór spędzony przy dobrym napitku, w świetnym towarzystwie, z szantami w tle.
Rano wstaję wcześnie, sprawdzam zaopatrzenie, kupujemy świeży chleb i wypływamy z portu. Dzisiaj daleki przelot na wyspę Vis, do miejscowości Komiża. Po dwóch godzinach płynięcia widać tylko zarysy lądu. Jeszcze kawałek i otacza nas tylko morze. Robi się południe, czas na kąpiel, tyle że tu już nie stajemy w zatoce na kotwicy. Pod nami sto metrów wody, zrzucamy żagle, i stajemy w dryf. Chwila niepewności i skok do wody. Oczywiście skok wykonany przez załogantów, bo ja poza sytuacją, gdy jacht stoi przycumowany do kei, z niego nie schodzę, a już na pewno nie skaczę do wody, gdy swobodnie dryfujemy po morzu.
Samo życie, kąpiel była? no była, a że woda wyciąga, to po kąpieli trzeba coś wrzucić na ząb. Szykujemy małą przekąskę, stawiamy żagle i płyniemy dalej.
Załoga rozkłada się nasmarowana olejkami w ulubionych miejscach, i odpoczywa. Żagle wypełnione wiatrem, jacht lekko przechylony i ten plusk morza o burty wprowadza fantastyczny nastrój.
Oaza ciszy, spokoju. To moja praca i mój świat, który przeżywam codziennie na nowo.
Wieczorem parę zdjęć zachodu słońca i stajemy na boi w zatoce. Przed nami rozświetlony port i miejscowość Komiża.
Przygotowujemy ponton i ruszamy do miasteczka. Dzisiaj bez żadnego obżarstwa. Delikatna kolacja dla chętnych, trochę zwiedzania i spacerowanie po wąskich uliczkach. Rano wczesna pobudka i cel Błękitna Grota.

Dalsza część w kolejnym wydaniu

Mirek Nogaj, skipper
www.bosforrejsy.pl

Hodowca małży IMG_7478 Mirek Ostrygi

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin