Ogólnopolska giełda jachtów, łodzi i czarterów

Żeglarskie Boże Narodzenie

Żeglarskie Boże Narodzenie

31 Gru, 2012

Daleko jest dom, choć nasz statek wciąż gna.
Spędzić święta na morzu, wśród fal, przyjdzie nam
“Święta na morzu” (The Sailor’s Christmas Day), sł. pol. Jerzy Rogacki

Każdego roku wigilię na morzu spędzają setki, a może nawet tysiące marynarzy, którzy z dala od domu pracują na swoich statkach. Zazwyczaj mają jakiś kontakt ze swoimi najbliższymi, ale czasem zdarza się że nawet zwykła rozmowa jest niemożliwa, choćby ze względu na warunki atmosferyczne, zakłócające łączność.
Żeglarze od wieków pływali po morzach bez względu na porę roku. Co prawda zimą żeglugi było znacznie mniej, jednak dalekomorskie podróże wymagały poświęceń, przez co przetrwało do dziś wiele interesujących śladów żeglarskiej tradycji morskiej, związanej ze świętami Bożego Narodzenia. Najwięcej z nich zawdzięczamy marynarce brytyjskiej, której hegemonia na morzach i oceanach była niemal przysłowiowa. Jednak nie tylko oni mieli ciekawe tradycje.
Proponuję żeby przyjrzeć się kilku dość różnym elementom bożonarodzeniowych legend i obyczajów, które mają swoje korzenie w świecie ludzi morza.

Patron żeglarzy
Święty Mikołaj jest dziś przede wszystkim ulubieńcem dzieci, którym przynosi prezenty. Postawny facet w czerwonym kubraku, z długą siwą brodą, to ikona kultury, która kojarzy się niektórym ze świętami nawet bardziej niż choinka i stajenka razem wzięte.
Jednak mało kto wie, że przed wiekami święty Mikołaj był przede wszystkim patron żeglarzy. Opiekował się zwłaszcza statkami kupieckimi, ponieważ legenda głosi, że sam wywodził się z rodziny zajmującej się handlem. Była to prawdopodobnie zamożna familia pochodząca z prowincji o nazwie Licja.
Choć żywot świętego Mikołaja jest dziś dość mało znany, wiemy, że był biskupem Miry (właściwa pisownia to Myra), niewielkiego miasta leżącego na terytorium dzisiejszej Turcji, które obecnie nazywa się Demre. Według jednej z wersji jego życiorysu zasłynął między innymi spoliczkowaniem biskupa Ariusza, który podczas pierwszego Soboru Powszechnego w Nicei w 325 roku wypowiadał bluźnierstwa przeciw Matce Boskiej.
Najbardziej znanym czynem świętego było rozdanie całego odziedziczonego po bogatych rodzicach majątku. Biskup obdzielił nim potrzebujących, przez co do dziś jest symbolem spełniającego życzenia darczyńcy. Nie jest to jednak jedyna ważna historia z życia świętego Mikołaja.
Jak przystało na świętego, którego czci się zarówno w kościele katolickim, jak i w cerkwi prawosławnej, biskup z Miry musiał mieć na koncie cud, żeby zostać wyniesiony na ołtarze. Obecnie znamy ich nawet kilka, ale jeden pozostaje szczególnie bliski żeglarskiej braci na całym świecie.
Historia ta dotyczy rejsu, w który wybrał się biskup Mikołaj. Droga prowadziła do Ziemi Świętej, a jesienne sztormy miotały niewielkim statkiem tak, że wydawało się, iż zaraz rozleci się na drzazgi. Choć żeglarze prowadzący łódź biskupa byli przyzwyczajeni do tego że o tej porze roku pogoda może płatać figle, to jednak i oni byli przerażeni rozmiarami sztormu, w który wpłynął ich statek. Widząc strach w oczach tych odważnych ludzi, którzy nie byli w stanie zapanować nad okrętem, biskup pomodlił się o boskie wstawiennictwo dla wiozących go do Jerozolimy żeglarzy. Sztorm nagle ucichł, a statek bez dalszych perturbacji dotarł wkrótce do portu. Członkowie załogi zaczęli sławić biskupa z Miry, a po wyniesieniu na ołtarze ludzie morza uczynili go swoim patronem.

Kolonialne Święta
Wielu z nas Boże Narodzenie kojarzy się z zapachem korzennych przypraw i pomarańczy, które są nieodłącznym składnikiem świątecznych ciast i deserów, zwłaszcza rozmaitych pierników. Nie zastanawiamy się nad tym obecnie, ale kiedyś na polskich stołach tego rodzaju przysmaki o wiele bardziej świadczyły o świątecznej atmosferze tych dni, niż ma to miejsce obecnie. Kardamon, cynamon, goździki i pomarańczowa skórka pojawiały się w sklepach właśnie przed świętami. Choć nie zdawaliśmy sobie wówczas z tego sprawy, mogliśmy się poczuć jak mieszkańcy Anglii w czasach kolonialnych, którzy na Święta odkładali trochę grosza, by pozwolić sobie na lepsze jedzenie, w tym przywożone z Dalekiego Wschodu przyprawy, na które zwykle stać było tylko najbogatszych.
Tradycje świąteczne wiążące się z czasami kolonialnymi trafiły rzecz jasna nie tylko do nas. Najwięcej spośród nich przetrwało w krajach anglojęzycznych, z największym naciskiem na Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone i Australię. Jeśli już wspomnieliśmy o piernikach, które w różnej formie znane są również Niemcom, Holendrom Belgom i Skandynawom, nie da się pominąć świątecznego dania, które ma chyba najbardziej spokrewniony z żeglarstwem rodowód. To angielski Christmas Pudding. Jeśli kojarzy się on komukolwiek z naszym rodzimym budyniem, to znaczy że nie miał on nigdy okazji spróbować, ani chociaż zobaczyć angielskiego puddingu. Już z wyglądu przypomina on bowiem bardziej rodzaj ciastka z luźniejszym środkiem. Nasz budyń, który można nazwać czymś na kształt kisielu mlecznego, niewiele ma wspólnego z tym przewspaniałym daniem (w wersji angielskiej pudding może być wytrawny i można go serwować jako danie główne!), zwłaszcza w wersji świątecznej. Christmas Pudding to dowód na imperialną siłę Wielkiej Brytanii. Do jego przygotowania potrzeba było szesnastu składników, które pochodziły z aż siedemnastu miejsc na ziemi, do dziś uważa się, że to cud, który mógł powstać tylko dzięki niezachwianej potędze brytyjskiej floty handlowej i wojennej, która byłą w stanie dotrzeć do najdalszych zakątków świata oraz utrzymać spokój na drogach prowadzących do wód krajów kolonialnych.
Po niektóre ze składników tego ukoronowania brytyjskich Świąt nie trzeba było wprawdzie jechać daleko – wystarczyło zakupić je w Szkocji czy niektórych krajach europejskich. Ale najbardziej egzotyczne pochodziły z Afryki, Ameryk Południowej i krajów Azji z Indiami na czele. Prawdziwy Christmas Pudding zaczyna się przygotowywać na około trzy miesiące przed świętami, składniki przecierają się i macerują. Smak takiego puddingu pozostawia jednak niezatarte wrażenie.

Wigilia międzywojenna
W Polsce możemy narzekać na brak wielowiekowych tradycji żeglarskich, choć przecież Polacy pływali po morzach i oceanach pod różnymi banderami. Nie dorobiliśmy się jednak własnych związanych z morzem tradycji świątecznych, choć używamy dalekowschodnich przypraw i chętnie sporym zaufaniem darzymy świętego Mikołaja. Są to jednak tradycje nabyte w większości z Niemiec, przybyły one do nas podobnie jak choinka, pokonując granice kulturowe dzielące nasze kraje. Kiedy jednak polska flota miała szanse wreszcie zaistnieć, wigilia była w niej uroczyście obchodzona, nawet jeśli statek stał już w porcie w Gdyni i wszyscy niecierpliwie czekali na pozwolenie zejścia na ląd i udanie się do swych domów.
Kapitan Karol Olgierd Borchardt wspominając czasy spędzone na transatlantyku MS „Piłsudski”, przytacza jedną z anegdot, dzięki którym świat literacki poznał życie kapitana Eustazego Borkowskiego. Dowódca tego polskiego transatlantyku miał zwyczaj długiego i wylewnego składania życzeń i wspominania zasług, w czasie których wymieniał wszystkie możliwe osoby, zawody i płcie obecne na statku, tak aby nikogo nie pominąć i by nikt nie poczuł się urażony. Cały tekst Borchardta, zatytułowany Wigilia Szamana można znaleźć w książce Szaman morski. Dość wspomnieć, że kapitan Borkowski ze szczegółami i wielokroć wymieniał on: starszych oficerów, młodszych oficerów, starszych urzędników, młodszych urzędników, chłopców okrętowych, kobiety, mężczyzn, inne płcie (tu chodziło niewątpliwie o znajdującego się na statku księdza), starszych marynarzy, młodszych marynarzy, starszych mechaników, młodszych mechaników, sterników, starszych kucharzy, młodszych kucharzy, ochmistrzów, stewardów, stewardessy, strażaków i kochanego dymisjonowanego komandora, dyrektora Konstantego Jacynicza. Jeśli dodamy do tego, że dowódca „Piłsudskiego” mówił wydając długie nosowe dźwięki rozciągające większość samogłosek, bez trudu pojmiemy komizm tej sytuacji.
W innej ze swoich książek kapitan Borchardt opisuje świąteczne dni spędzone w porcie w Sewilli, jednak jest to już temat na opowieść wielkanocną.

Warto mieć świadomość, że w czasie kiedy my będziemy spędzali Święta w przytulnych domach, gdzieś daleko, na wodach mórz i oceanów są ludzie, którzy tego dnia nie mogą spędzić wśród bliskich. Gdzieś niedaleko nas mieszkają zapewne rodziny, które modlą się po ciuchu o zdrowie i szczęśliwy powrót wszystkich tych, których praca na morzu zatrzymała z dala od domu. Pomyślmy o nich ciepło choć przez chwilę. Może mimo dzielącej nas odległości poczują ten moment w swoich sercach.


Rafał Chojnacki

fot: fotolia.pl

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Directory powered by Business Directory Plugin